nowy Pan

Na pierwszy rzut oka Mohammad z albumem Som Sakrifis kojarzył się z muzułmańską muzyką sakralną, pogrzebową. Okazało się jednak, że to trzej Grecy, doświadczeni muzycy, którzy nagrywają drony dla modnej Berlińskiej wytwórni. Czyli jeszcze dziwniej, szczególnie, jeśli popatrzec na instrumentarium, jakim się posługują: wiolonczela, kontrabas i oscylator. Za wiki: oscylator to urządzenie (…) wykonujące ruch drgający lub czasami w technice generujący (…) drgania. Zwyciężyła ciekawośc.

 

Mohammad

 

Już w otwierającym ten mini-album Sakrifis Grecy wyrzucają za okno wszystkie szufladki, przypominając równocześnie, że zainteresowanie wydawnictwami Pan to nie przypadek. Oszczędni w formie, zdołali ze skromnego instrumentarium wyciągnąc całą masę pomysłów, melodii i draturgii. Rozbrzmiewających surowo i konsekwentnie dronów nawet przez chwile nie czuc jednak groteską majestatyzmu, próżnej wzniosłości i samouwielbienia. Kiedy na koniec do smyczków dołancza oszczędnie wykrojony chór męski, mimo powolnego budowania kompozycji, bez pójścia na łatwiznę i efekciarskich zagrań Sakrifis prawdziwie porywa.

Kolejny na liście Lapli przynosi brzmienie o wiele bardziej bogate i soczyste. Nawarstwione smyczki brzmią na wpół industrialnie, czasem bardzo ostro, czasem są już na wyciągnięcie ręki od pogrążenia się w zupełnym hałasie. Pojawiający się w pewnym momencie oscylator, zmieniając co jakiś czas ton, idealie uzupełnia konstrukcję, nadaje jej ładu. Mieszanka brzmienia akustycznego i elektronicznego, w której trudno powiedziec, co brzmi bardziej ludzko w pierwszej chwili odpychała intensywnością. Teraz żałuję kiedy mija ostatnia, ósma minuta.

Ostatni w zestawie Libering Man dziedziczy po poprzedniku odległy jęczący sampel, który wracając niezmiennie co pare sekund, nadaje całości dziwnego momentum. Wiolonczela i kontrabas rozbrzmiewają powoli, bez pośpiechu, czasem nawet milkną i dałbym sobie rękę odjąć, słyszę wtedy odgłos spokojnych fal, aż do chwili kiedy okazyjna wolta, sprzeżenie wyrywa z butów. Po kilku przesłuchaniach sampel to już bezsprzecznie zmodulowany puszczyk, po kilku następnych to raczej dżwięk którym moja pralka obwieszcza koniec programu. Tymniemniej zawsze, kiedy umilkną struny nasłuchuję tego oddalonego pojękiwania, ale po wybrzmieniu ostatniej nuty zostaje tylko cisza.

 

 

Oficjalna strona Pan, jak i teledysk ładnie nawiązują do fimów Beli Tarra. Trudno o lepszy pretekst do pogłebienia znajomości z Węgrem.

Dziki gon

W jednym z niedawnych wywiadów Beyonce opowiadała o swoim życiu, jako stawianiu sobie samej kolejnych wyzwań i konsekwentnym ich osiąganiu. Całkiem już powątpiewam w realność tej kobiety-robota, ale załóżmy na chwilę że Beyonce istnieje naprawdę. Zgodnie z tak prosto określoną dewizą życiową liczy się tylko dotarcie na miejsce, podróż to półśrodek. Nazwa tego bloga powstała jako antonim słów Antoniego Gralaka bohatera Spokoju Kieślowskego. Poszukiwanie zamiast ukontentowania, celebracja niepewności i brak wewnętrznego ładu to odwrotność postawy życiowej uosobienia amerykańskiego snu. Ale skoro wszyscy jesteśmy Amerykanami, to postawa osiągania, a nie poszukiwania, stała sie kulturową i społeczną normą. Ksiażek juz nie czyta się dla samej przyjemności jaką daje czytanie, liczy się ostatnia strona. Płyt slucha się żeby poznać już nie tylko po to żeby się nimi cieszyć, koncerty i festiwale się `odhacza`, podobnie postepujac z ludźmi, którzy w związkach bardziej lub mniej intymnych są non stop poddawani analizie pod kątem użyteczności. Celem ostatecznym sukces zawodowy, ergo finansowy, poparty nienaganną, uśmiechniętą socjalizacją. Wszystko co osiągnięcie tego klarownego celu opóźnia jest tylko niepotrzebną, czasem tylko nieuniknioną, przeszkodą.

 

Aasgaardreien_peter_nicolai_arbo_mindre

 

W tym kontekście wielką przyjemność sprawiła mi lektura Morfiny Twardocha. Główny bohater, Kostek, dorosły mały chłopiec nie podejmuje żadnych decyzji, pozwala żeby życie toczylo sie samo, obok, pchając go do przodu na wpół przypadkowo. Pozbawionemu jakichkolwiek planów (poza kupnem nowego auta), jakichkolwiek ambicji, stałe mieszczańskie życie przecieka między palcami. I po uszy zanurza się Kostek w dziwkarskiej i narkotycznej kloace. Odrzucenie komfortu finansowego i społecznego, spokojnego życia z Helą-Matką-Polką u boku prowadzi donikąd i wydaje się całkowicie nielogiczne. Im dłużej znamy Kostka tym bardziej ta bezmyślna fantazja ułana okazuje się jednak naturalną wypadkową targających nim uczuć, wobec których Kostek jest całkowicie bezwolny.

Krokami Albinusa, bohatera Śmiechu w Ciemnościach kieruje czysta żądza. Potężne, przemożne, zwierzęce pożądanie by posiaść. Ale Nabokov bierze banalną tragedię opętanego głupim uczuciem o krok dalej, już w pierwszym akapicie wyjawiając jak skończy sie historia. Puszcza w ten sposób oko do czytelnika, daje też do zrozumienia że nie liczy się rozwiazanie, ale historia sama w sobie.

Najciekawiej jest u Tima Wintona (The Riders) ktorego Scully jest Elisabeth Nabokova, opuszcząną żoną, austalijska Matka Polka Twardocha. Scully chce tylko żony, Scully chce tylko spokoju, drugi Antoni Kieślowskiego. Antek patron nie.spokoju. Scully kocha miłością psa, pędzi za żona po świecie, kiedy Jennifer szuka w sobie duszy artysty. W tym miejscu świetne odwołanie do archetypu dzikiego pędu, który odruchowo przypisałem kobiecie, uzmyslowiło mi że na spotkanie jeźdźcow wychodzi jednak on. Boso, zafascynowany, bezbronny.

 

wild hunt

 

Mitologiczny dziki pęd nawiedzał tylko wybranych, którzy sami zobaczyli jeżdźców gnających po niebiebe za wiecznie umykającą zwierzyną. Samolubne i często krzywdzące innych dążenie do samorealizacji i spełnienia zwykliśmy przypisywać tylko artystom, podróżnikom, odmieńcom. Ale czy takim pędem nie jest opętana Hela Kostka, pragnąca za męża bohatera, Elisabeth Albinusa zapatrzona w mieszczański ideał rodziny i starości, czy wreszcie protoplaści Antoni i Scully. Miłość jest ślepa, prawi Nabokov ustami listonosza na berlińskiej ulicy, nawiązując do stanu swego bohatera. Ale ten banał jest tak stary, co nieprawdziwy. Ślepota dopada nas wszystkich, miotanych sprzecznymi uczuciami, pędzących bez przerwy za bliżej nieokreślonym celem. W całkowicie świadome kształtowanie tego pędu, czy też, nazywając rzecz po imieniu, życia, wszystkich Beyonce tego świata zawistnie powątpiewam, winiąc zwykły brak wyobraźni, ale nawet gdyby, GDYBY było to możliwe, co to byłoby za życie?

Obrazy ilustujące tekst:
Peter Nicolai Arbo – The wild hunt: Åsgårdsreien (1872)
Emil Doepler – The Wild Hunt (1905)

nieaktualny przegląd filmowy. maj

W najnowszym filmie Smarzowski wziął na warsztat nośny temat tytułowej polskiej Drogówki. Bohaterami znów rządzi tylko seks, wóda i pieniądze, tym razem wszystkimi, bez wyjątku. Brak nachalnego moralizatorstwa zapisać możnaby Wojtkowi na zdecydowany plus, ale w jego miejsce pojawia się pusty, bezrefleksyjny rechot z głupich (głupszych od nas, wiadomo) kretynów, który tak dobrze znamy z przeróżnych telewizyjnych produkcji. A przy tym autor całkowicie rozgrzesza swoich bohaterów. Głupota i zło ma wymiar uniwersalny, źli są wszycy, zło stało się normą. Co więcej, za wszystkim stoi Ktoś, kto pociąga za sznurki, sprzeciw jest bezcelowy, nic nie da, a można tylko oberwać. Podobny układ pojawił się już w Domu Złym, ale ten drogówkowy jest już wszechmocny. Daleka droga od piętnowania przywar i głupoty ludzkiej przypudrowanej śmierdzącymi konwenansami Wesela. Puliczność Lubaszenki sprzed dekady podrosła, potrzebuje mocniej, okrutniej, oralnie, a Smarzowski dostarcza.

Nie wiem jak przegapiłem Warrior. Dysfunkcjonalna rodzina z mężem/ojcem alkoholikiem i nie jednym, a dwoma genialnymi zapaśnikami synami. Czy to się może nie podobać? Nawet jeśli im dalej w las tym mniej Wrestlera, więcej Rocky’iego, a finał to już prawdziwy Karate Kid. Wielki i zły Tom Hardy, oraz pijany Nick Nolte to prawdziwe smaczki.

 

noltie

 

Od jednej z pierwszych scen, kiedy uciekający przed ojcem dziewczyny chłopak (młody James Bell) boso wskakuje na wystający z deski gwóźdź, zakrzywia wystającą część i dziarsko biegnie dalej, wiadomo że będzie dziwnie. Podobnych wtrąceń w Undertow jest więcej (brat podjadający farbę, pokręcone bedzietne małżeństwo) i choć nie mają bezpośredniego związku z fabułą, nadają prostej opowieści o dorastaniu w ‚trudnej’ rodzinie autentyczności i nieprzyjemnie angażują, kiedy znacznie łatwiej i bezpieczniej byłoby się zdystansować. Wszystko w gorzkim i cieżkim klimacie południowych Stanów Zjednoczonych. W oczekiwaniu na najnowszy film Greena, nagrodzony niedawno srebrnym niedźwiedziem.

Na pierwszy rzut oka pomysł skrzyżowania studium psychologicznego z filmem katastroficznym brzmi intrygująco. W rzeczywistości Take Shelter to nudne dwie godziny, które można spożytkować znacznie lepiej, na przykład śpiąc.

Do tematu molestowania seksualnego dzieci wraca Vinterberg. The Hunt odwraca sytuację z Festen, tu zarzuty są od początku nieprawdziwe, niewinny człowiek traci w jednej chwili wszystko, na co pracował całe życie. Obraz krytykuje poprawnośc polityczną, oraz zastapienie zdrowego rozsądku regulaminem, ale nie potępia w czambuł konkretnych osób czy instytucji. W zamian uzmysławia nam delikatną naturę umowy społecznej, przy jej równoczesnej nieuchronności. Rewelacja.

A co by było, gdyby za południową granicą USA żyły potwory, przed którymi dobrzy Amerykanie musieliby odgradzać się wielkim murem? Nawiązanie do polityki emigracyjnej wuja Sama dość czytelne, ale tu tytułowe Monsters pochodzą spoza ziemi. Nie znam jednak odpowiedzi na pytanie, w połowie filmu wybuchł rzutnik, paląc przy okazji laptopa. Oprócz domowego budżetu w najbliższej przyszłości ucierpi pewnie też częstotliwośc wpisów.

happy b.day

Radar to skromna w rozmiarach Krakowska galeria z siedzibą w piwnicy pod restauracją z (głównie) hamburgerami. Okazyjnie galeria ma też swoją nocną, klubową odsłonę z bardzo orginalną w mieście ofertą ciekawej elektroniki. I Radar, i LoveKrove, rzeczona restauracja, obchodziły niedawno pierwsze urodziny wspólnej działalności na brzozwej na Kazimierzu. Główną atrakcją piątkowego wieczoru była para z Sangoplasmo Records.

lovekrove&radar

 

Pierwszy z dwójki, założyciel Sangoplasmo, Lutto Lento zaraz przed występem pogasił wszystkie lampy w klubie, ukląkł przed małym stolikiem na poduszce na podłodze i zagrał do ciemnej sali. W pierwszej chwili pomyślałem, że chodziło o introwertyczną/nieśmiałą naturę Lubomira, ale już po paru minutach okazało się, że aranż stworzył idealny klimat do odbioru występu. Napisałem odbioru, ale w tych warunkach lepiej pasowałoby chyba słowo przeżyć. Usunięcie w cień, ciemność technicznych szczegółów seta pozwoliło się bardziej zaangażować i oddać wizji muzyka: do okrutnie głośnego, mrocznego ambientowego tła dołancza beatbox (chyba), a na hałaśliwe drony wsadza syrenę alarmową i inne odgłosy miasta. Całość brzmi bardzo spójnie i tworzy industrialny, fantastyczny, kosmiczny, a równocześnie bardzo realny i soczysty soundtrack, pasujący bardziej do ostatniego projektu Dana Browne’a, niż do tanich horrorów, z którymi zazwyczaj żenią Lutto krytycy.

 

Po tej intensywnej godzinie występ głównej gwiazdy wieczoru zbił z pantałyku podwójnie. Opierając brzmienie na dwóch syntezatorach (i włanczając światła) Piotr Kurek uspokoił rozbudzone emocje. W piątkowy wieczór, w sąsiedztwie krakowskiego zagłebia dyskotekowego, jakim stał się w ostatnich latach Kazimierz, Piotr skromnym, minimalistycznym setem zapełnił główną salę Radaru (30-40 osób). Zbliżony brzmieniowo do zeszłorocznej Edeny, ale obdarty z flagowych, znanych z kasety pieśni, pełen jednak mniej rzucających się w ucho, krótszych, bardziej wysublimowanych melodii długo jeszcze rozbrzmiewał w głowie zagłuszając wpieprzający zapiekani tłum.

 

W maju kolejna odsłona nocnego klubu Radarowego, Lutto Lento wraca też niedługo do Krakowa, tym razem do Alchemii iw nieco innym towarzystwie. Zaczynam się zadomawiać, tylko co z tym zwyczajem siedzenia na parkiecie?

scena siódma, ujęcie drugie

Do współpracy nad ubiegłoroczną płytą Clinic zaprosili Daniela Lopatina, znanego szerzej jako Oneohtrix Point Never. Amerykanin ‚pomagał’ przy miksie krążka, ale na jego ostateczny kształt, czy raczej brzmienie, wpływ miał niewielki. Zespół wpadł jednak na pomysł bezprecedensowy, poprosił Lopatina o nowy miks calej płyty, który w marcu tego roku wyszedł nakładem Domino. Nowe wydawnictwo od poprzedniczki odróżnia mały dopisek ‚II’ przy tytule, a przede wszystkim brzmienie zawartości.

 

clinic

 

Lopatin postawił konstrukcje Free Reign na głowie i odwrócił kolejność tracków. Kompozycja wyjściowa była dość standardowa- transowe, hałaśliwe zakończenie Sun adn the Moon ze śliczną, prostą melodia, wycofana perkusją i zwielokrotnionym wersem ‚give me your love’ stało się wymarzonym otwarciem i, po prawdzie, jedną z najlepszych piosenek jakie Clinic kiedykolwiek nagrali. You i Miss You spina klamrą nie tylko fakt że już na pierwszą wersję płyty przy miksie pomagał Lopatin. Dwie proste piosenki oparte na wysuniętej na pierwszy plan krautperkusji z czysto brzmiącym wokalem Adriana Blackburna i ładnymi melodiami to Clinic dla sierot po Walking with Thee. Oba są jednak za wolne na parkiet i, z najciekawszymi fragmentami w piatej/szóstej minucie, doskanałym świadectwem rozwoju zespołu. Na drugą wersję płyty Lopatin obie piosenki zmiksował jeszcze raz, ze szczególnym upodobaniem You obłożonym sporą ilością sprzeżeń, pogłośów i ambientowego tła. W wersji drugiej znacznie ciekawiej wypada też Cosmic Radiation. Wysunięcie na pierwszy plan bębnów, talerzy i gitary schowało popisową clinicową melodię, owocując bardziej jazzowym, świeżym brzmieniem. Takiego lekkiego, swobodnego i przyjemnego Clinic się nie spodziewałem. Bo na siódmym albumie wyobrażełem sobie bardziej Clinic w stylu Seamless Boogie, nudnych trzech mnut, które nie wnoszą nic ciekawego, a z pustego nawet Lopatin nie naleje. Świetnie za to wyszło Amerykaninowi z utworem z całego zestawu najbardziej skocznym. Oparte na cudnym riffie i mocnej perkusji Seesaw Lopatin wyszlifował na prawdziwy diament. Gitara brzmi ostrzej, bębny dosadniej, Blackburn jest zwielokrotniony echo-pogłosem, całośc prawie odlatuje. I idealnie pasuje na koncówke płyty, podobnie jak lużny, ale wykręcony na zamknięcie Misty. Domino zdecydowało się promować płytę jej najmniej interesującym fragmentem, tak więc proszę:

 

 

Okazuje się że Clinic nagrali naprawdę ciekawą płytę. Drugi miks odświeża troche to bardzo rozpoznawalne brzmienie zespołu, którym panowie samych siebie zapędzili w róg zaszufladkowania i upupienia. Potrzeba było nazwiska popularnego ostatnio producenta, żeby przyciągnąć i pozwolić przekonać się że siódmy album przynosi ewolucję w ciekawym kierunku. Na szczęście w drugiej wersji nie jest to album remiksów, o którym donosiła na początku prasa, z nagraniami Amerykanin obszedł się delikatnie, zaproponował tylko spojrzenie z nowej perspektywy. Rzecz jasna nawet Daniel Lopatin nie wyczarowałby dobrych miksów z kiepskich wersji wyjściowych (co udowadniają pojedyncze utwory na płycie), z przyjemnością czekam więc na ósmy abum kwartetu z Liverpoolu, nawet jeśli wspólpraca z Oneohtrix Point Never okaże się jednorazową.

pięść do oka

Swoją najnowszą płytę Efterklang promowali dokumentem z wycieczki na północ Rosji za natchnieniem i, jak się później okazało, samplami. Wyreżyserowany przez Andreasa Koefoeda film można było zobaczyć w prywatno-publicznych projekcjach, link do kopii zapewniał sam zespół, wystarczyło się do panów zgłosić. Akcja trwała do końca marca, jak informuje zespół film wyświetlono 812 razy, z czego kilkanaście w Polsce, raz w salonie w którym powstaje ten tekst.

Już w 2010 roku zespół doznał zbiorowej fiksacji na punkcie opuszczonej poradzieckiej górniczej osady w dalekiej północy- Pyramiden. Na ponad godzinę The Ghost of Piramida, oprócz ujęć samego zespołu, składają się też archiwalne zdjęcia obrazujące codzienność w miasteczku w czasach jego świetności. To właśnie ta część, wsparta dodatkowo narracją samego autora nagrań, wypada najlepiej. Przez słowa przebija nostalgia za mroźnymi zimami, przyjaciółmi, młodością, za utraconym rajem, za poczuciem bezpieczeństwa zapewnionym wybrańcom przez państwo. Bo, jak dowiadujemy się od Alexandra, żeby zamieszkać i rozpocząć pracę w głuszy trzeba było być najlepszym w swoim fachu. Piramida była przeznaczoną dla faworytów utopią, której mieszkańcy musieli martwić się tylko w przypadku odwiedzin niedzwiedzia polarnego. Utopią, która skończyła sie pod koniec XX wieku, kiedy kopalnię zamknięto.

 

pyramiden

 

Kilkanaście lat po wyjeździe ostatniego górnika do Pyramiden wybali się trzej Duńczycy z Efterklang. Zabrali ze sobą mnóstwo sprzętu do rejestracji dźwięku, ekipę filmową i, w podwójnej roli ochroniarza i nieudolnego komika, dużego Rosjanina. Efekt jest zaskakująco przewidywalny- trzech mieszczuchów zafascynowanych ‚egzotycznym’ miejscem, bez pudła fanów prozy Julesa Verne’a, którzy mimo pragnienia wielkiej przygody robią jednak w gacie na widok lisa, bo przecież ‚to mógł być niedźwiedź’. Kiedy nie obserwowali ślicznej (i rewelacyjnie nakręconej) przyrody, uzbrojeni w profesjonalne mikrofony Casper, Mads i Rasmus zachowywali się jak młodzi chłopcy podczas wycieczki klasowej, stukając i pukając w co tylko się dało, jednocześnie nawet na chwile nie wątpiąc w doniosłość swoich dokonań. Z wyprawy na koniec świata przywieźli zbiór hałasów ze starej kopalni. Ale żadna z podszytych zazdrością złośliwości nie miałaby znaczenia gdyby nie rezultat wizyty.

 

 

Z ciekawością sięgnąłęm po tą płytę, nazwaną po prostu Piramida. Nagrania z tytułowej osady zespół przerobił na sample różnej długości, z których 40 użyto w ostatecznych wersjach nagrań. Szukanie tych wycinków jest największą frajdą jaką daje album. Pierwsze dźwięki otwierającego Hollow Mountain to, na ten przykład, melodia wygrana na cysternie w osadzie, a biegnacy wokalista nadaje ton i tempo Dreams Today. Wizyta zaowocowała też dużą dozą melancholii w tekstach, ale już nie w warstwie muzycznej. Tutaj wciąż króluje pop. Przystojny, dobrze ułożony, uprzejmy, przewidywalny i mdlący. Bogate aranże (kwartet smyczkowy, 70-cio osobowy chór dziewczęcy, etc.), które stały się już znakiemrozpoznawczym Duńczyków, w kontekście tematu opuszczonego miasta, potrzebne są jak przysłowiowa dziuraa w głowie. Dodatkowo, mimo że po poprzednim albumie wydawało się to już niemożliwe, zwiększyła się jeszcze ekspozycja wokalu, sięgnęła zenitu. Nie bez przypadku jednym z najciekawszych fragmenów krążka jest Between The Walls, kiedy Casper próbuje troche falsetu, nadając oszczędnej do tej chwili kompozycji funkowego polotu. Płytę, jak i dotychczasową karierę zespołu idealnie podsumowuje zamykający zestaw, celnie nazwany, Monument. Śliczne, chłodne klawisze rozbudzają nadzieje, ale każdy kolejny pomysł rozczarowuje bardziej, końcowe crescendo pasuje już do stonowanego początku jak pięść do oka.

 

Na zupełnym marginesie, wystarczył rzut okiem na wyniki wyszukiwania, by okazało się, że Pyramiden to od niedawna dośc popularna destynacja turystyczna. Część budynków, które nie pojawiają się w filmie, zachowało się w bardzo przyzwoitym stanie. Co już teraz może sprawdzić każdy, kto zatrzyma się w świeżo otwartym (na nowo) hotelu na miejscu.

zabawki

Świętujemy właśnie (mniej więcej) dziesięciolecie „Nowej Rockowej Rewolucji”. Tak naprawdę przynajmniej dwa z członów tej umownej nazwy powinny znaleźć się w osobnym cudzysłowie, nie było to bowiem ani nic nowego ani rewolucyjnego. Zresztą kto słyszał o rewolucji w czasach pełnych żołądków. Wrzucenie do jednego wora kilku, na pierwszy rzut oka podobnych (te grzywki i gitary), zespołów ułatwiło życie krytykowi muzycznemu porządkując chaotyczny obraz mód muzycznych początku wieku, wywołało lawinę naśladowców i, jak każde uproszczenie, na dłuższą metę mijało się z prawdą. Największą ofiarą kłamstwa, nazwijmy je noworewolucyjnego, stali się sami muzycy, autorzy jednej z niewielu (jedynej?) płyty z tego okresu, która ciągle się broni, The Strokes. Nowojorczycy mocno uwierzyli w bycie awangardą tej nowej fali, przekonywali o tym i siebie, i słuchaczy na następnych trzech płytach, serwując odgrzewany w nieskończoność kotlet Last Night. Ale krytyk uczy się na błędach i, kiedy 12 lat po debiucie The Strokes wracają z kolejnym longiem,… ogłasza właśnie nowsza falę, najświeższą rewolucję!

Mimo że muzyczny trendsetting BBC Music jest obecnie równie prawdopodobny co webdesignerski, porównaniami do Hookworms namówili mnie na Toy. Londyńczycy w 2012 roku na dobre rozgościli się w blogosferze, chwytliwa nazwa, ładne logo, tripowe kolory, w obawie przed wąsami (tak!) i długimi włosami strach było otwierać lodówki. Ale marketing to przecież nic złego, każdy dokonuje tu swoich wyborów, daleki jestem od twierdzenia że muzyka musi bronić się sama. Wcale nie, choć może. Tu pojawia się piewrszy zgrzyt w łonie nowego ‚ruchu’. Hookworms głoszą, że liczy się tylko treść, nie forma. Oni siebie umieścili w cieniu, stronią od modnych stylizacji, przedstawiają się tylko inicjałami. Postanowiłem zrobić to samo z Toy, stylizacje zostawić na boku, skoncentrować się na muzyce.

Colours Running Out to świetne otwarcie: prosty rytm pekusji, ładne melodie kontrastują z semi-deklamacją wokalisty Toma Dougalla, a w tle sprzężenia gitarowe przez całe cztery minuty. Na podobnym pomyśle oparte jest Dead and Gone, ale gitara nieśmiało pojawiająca się w tle w piątej minucie kradnie show bębniarzowi i zepół pędzi coraz wyżej, coraz ładniej, żeby skończyć nagle, dead and gone. Przy Drifting Deeper zaczynam gryźć sie z język za wszystkie złośćliwości z poprzedniego akapitu. Nieliniowo rozwijający się jam, który kluczy, znika, pojawia się na nowo, ta piosenka powinna trwać wiecznie.

Ale, niestety, kończy się, a chłopcy próbują się z balladą z klawiszami z lat 80tych i wykładają się na niej jak dłudzy. Banału refrenu My Heart Skips A Beat nie ratuje nawet fajna gitara przykryta za bardzo kiczowatym refrenem. Świetnie wypadają na sam koniec, w Kopter rozpędziły się wreszcie gitary, choć troche na drugi plan spychając niezmiennie melodyjny motyw przewodni. Ale mimo że perkusista najpewniej dostał zawału, nie wystarczyło dziesięciu minut na stworzenie czegoś więcej niż kolejne niekończące się krautrokowe crescendo. Między jasnymi, wyróżnijącymi się fragmentami, zespół upchał też kilka czterominutówek, wypadających z głowy tak szybko jak newsy z polskiej polityki. I to czterominutówkami promują album.

Przemądrzały wstęp do recenzji nie był do końca dygresją, trójka z chłopaków próbowała załapać się na poprzednią rewolucję (jako Joe Lean & The Jing Jang Jong), ale było troche za późno i skończyło się na mało pochlebnych porównaniach pierwszego singla. Ale nauka nie poszła w las, zawsze można złapać się na the next big thing. Toy to dobrze przemyślane przedsięwzięcie, a że psychodeli nie da się łatwo zaplanować wyszedł album bardzo spójny, oparty na chwytliwych popowych melodiach, na wracającej ostatnio coraz szerzej do łask kraut perkusji i shoegazowych gitarach. Tylko i aż.