I loved/I was

Kiedy pare lat temu wpadlem w post grungowe, post rockowe szambo, ta calkowicie slepa uliczke, mlodsze chlopaki wczas wylapali ze kreatywniej jest gdzie indziej. Amerykanskie r’n’b sprzed kilku lat jest dla mnie obszarem rownie tajemniczym co chocby polska muzyka rozrywkowa z okresu PRLu. W post-kulturze poczatku 21ego wieku nie ma jednak ciemnych plam. Wszystko mozna zrobic na nowo, we wszystkim znalezc inspiracje, rycycling pomyslow nie ma konca. Mimo ze czarnoskore dziewczeta tanczyly/spiewaly w niemieckich programach, ktore wstyd bylo miec w pakiecie w kablowce, a peerelowskim chalturnikom na ulicy reke podac wstydzili sie nawet znajomi, teraz wszyscy moga wrocic do lask.
I, przynajmniej w pierwszym przypadku, absolutnie nie mam nic przeciwko. Nowe r’n’b jest mocno przezute, przetrawione po dziesieciokroc, wywrocone na lewa strone, w dodatku przesiakniete housem i hiphopem. Kolejna odslona post-popkultury.

Debiutanckiego longa Holy Other otwiera (w)here, jakby remix know where z zeszlorocznej epki. Z piosenki znika taneczny rytm, a na wierzch wychodzi monotonny, plaski bit. To bardziej progresywne podejscie do tego samego tematu, dosc klarowna wiadomosc na temat kierunku w ktorym autor chcialby pokierowac projekt. I mimo krotkich utworow Holy Other sypie w nich pomyslami na lewo i prawo. Mnostwo jest tez slicznych detali, jak w Inpouring ktore w polowie osiaga tak wolne tempo, ze prawie zatrzymuje sie na chwile, czy na poczatku trzeciej minuty In Difference, kiedy HO rozbiera piosenke z wszystkich warstw zostawiajac nas na chwile sam na sam z bitem. Ale tylko na dwa uderzenia serca. Za kazdym razem wzrok ucieka od monitora i gapie sie gdzies za okno oszolomiony. W tych krotkich chwilach lubie Holy Other najbardziej. Ale on idzie za ciosem, po pierwszym (Inpouring) swietnym bitem wyrozniajacego sie na plycie hipnotyzujacego Love Some1, po drugim (In Difference) krotka repetycja idealnie pasujaca do Past Tension, wspominajacego cos histerycznie.

 

 

Held to plyta bardzo melodyjna, mniej catchy od zeszlorocznej epki, ale melodie kreca sie po glowie dlugo przebrzmieniu ostatniego numeru. Holy Other zlosliwie pocial jednak wokale na pojedyncze dzwieki, sylaby, samogloski. Zrozumiec mozna w zasadzie tylko Love Some1 (powtarzany tytul piosenki), ‚I loved/I was’ na Past Tension i troche na sile In Difference z ‚eat my heart’ (ktos jeszcze?). To tez tak bardzo postmodernistyczne, bo czy po tylu wiekach eksploatowania tematu mozna jeszcze powiedziec cos o zwiazkach co nie bedzie zalatywac banalem? Czy takie zbitki nie brzmia juz lepiej? Nie wyszlo tylko na Tense Past, troche za wysoko, marcowo.

W wywiadach poprzedzajacych wydanie Holy Other mowil gesto o tym ze to rzecz o zwiazkach i rozstaniach wlasnie, ale nawet bez tego tla i szczatkowych tekstow mozna bez trudu domyslic sie co autor mial na mysli. A gdyby 30 minut zawiodlo, zamykajacy plyte Nothing Here jest jak uderzenie w szczeke, lament za tym co minelo; oszczedny w formie, a niesamowice dobitny.

 

 

Cholera, podoba mi sie tu nawet tytul. Zwiezle, krotko, w czasie przeszlym, z tak mocnym znaczeniem, prawie genialnie. Jak caly album.

6 thoughts on “I loved/I was

  1. Pingback: 7 x 2 czyli podsumowanie | nie.spokoj

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s