Sztuki!

Rzucilem sie na te dwie plyty. Jak dziecko na mleko po przebudzeniu. Obydwa zespoly to zawodowcy. Wracaja po plytach przelomowych: Londynczycy z druga, Nowojorczycy z czwarta. Okazuje sie ze obydwa mialy tez taki sam pomysl na trudny follow up, ale po kolei.

Wierze w magie pierwszego numeru, jego znaczenie dla calosci jest nie do przecenienia. Wstep, zapowiedz, wprowadzenie. Intro to nie dosc ze idealne otwarcie plyty, ale tez jeden z najlepszych utworow The XX wogole. Gitara, wyrazny bit, skup sie i poswiec troche uwagi, warto. Ale tak zaczynala sie The XX, Coexist zaczyna sie oszustwem. Angel, z szumem winylowej plyty, z wieksza iloscia ciszy niz bitu zapowiada, wydawaloby sie, plyte subtelniejsza i jeszcze bardziej wyciszona od debiutu. Ale nic bardziej mylnego! O plycie wszystko mowi kolejne Chained. Troche kombinowany a jednak monotonny bit, duzo ‚uuuuu’, 20to sekundowa solowka i nagly koniec bez pomyslu. To jest Intro na miare Coexist.

 

 

Od ostatniej plyty Jamie Smith zachlysnal sie rozkwitajaca (przekwitajaca?) scena UK Bass, gdzie funkcjonuje jako Jamie XX. Oprocz paru kwiatkow dorobek w pojedynke najczesciej nie zachwycal. Charakterystyczne dla wiekszosci solowych produckji Jamiego niewyszukane podubstepowe bity ktore w 2012 roku zachwycic moga tylko najwiekszych londonfilow, trafily teraz na follow-up The XX. Dodaj zachowawczo zagrane partie gitary, czesto dokladnie jak z poprzedniego krazka, generic teksty o milosci i Fiction czy Sunset to jest parodia, karykatura Londynczykow, ktora podaja nam z powazna mina sami zainteresowani.

Daleki jestem jednak od obwiniania za wszystko co zle wylacznie jednej osoby. Na plycie nie znajdziesz zadnego potencjalnego hitu, zadnych chwytliwych przejsc jakich pelno na poprzedniczce. Nie wynika to z konceptu, minimalistycznego podejscia, ale z braku ciekawych, orginalnych pomyslow. Poprostu. Kiedy Jamie trzyma sie z tylu Romy i Olivier nie potrafia wykrzesac zadnej melodii na miare tych z debiutu. Unfold wbrew tytulowi nie rozwija sie, prowadzi donikad.

Pozostaje cieszyc sie detalami. Metaliczne bebny na poczatku Reunion daja nadzieje na odmiane, nadzieje plonna, nadzieje raptem 80cio sekundowa. Try ma sliczny triphopowy bit, ale na wierzchu tylko kilka ‚popisowych’ zagran, ‚can you feel it?’ Nie, przykro mi. Chyba ze na najodwazniejszym na plycie Swept Away, tanecznym jak cholera. Bebny, gitara i fortepian, to takie proste, takie sliczne. Na koniec zostawilem najlepsze na plycie Missing. Znow tytul idealnie podsumowuje zawartosc. Z rasowej popowej piosenki zdjeto tu kilka warstw. Zostal szkielet, zostalo najwazniejsze, ‚to co geste’ jak mawia moj kolega. Powtarzana fraze ‚My heart is beating…’ Jimmie Smith ubral w bit do zludzenia przypominajacy bicie serca wlasnie. Oszczednie, mrocznie z kilkoma sekundami ciszy w drugiej minucie i dewastujaca solowka ktora zapada na dlugo w pamiec.

 

Wstep do Shields pedzi i porywa. Gitara, produkcja, wokalem. Zadnych przeslodzonych chorkow, mocny akcent na bebny i te psychodeliczne dzwieki wykradzione Chemical Brothers! Sleeping Ute to cudo. Zapomnialem o wszystkich zalach, o banalnej (choc bardzo popularnej) porzedniej plycie, o narzekaniach na polska kolej, Grizzly Bear maja czysta karte. Nowa jakosc wokali to na poczatek najwieksze zaskoczenie. Niewygladzony, zostawiony w spokoju Rossen nigdy nie brzmial tak dobrze jak na Speak in Rounds. Szybkie tempo, znow gitara akustyczna, pod koniec brzmia jakby byli z Islandii, nie z Nowego Jorku. ‚take it as it is’ i ja to kupuje.

Ale do czasu. Tym razem potrzeba bylo pol tuzina piosenek, zeby to podniecenie z poczatku stalo sie niewiarygodnym wspomnieniem. Yet again-A Simple Answer-Gun Shy. Ten trojkat to szkielet na ktorym trzma sie Shields. Trojkat ladnych, przemyslanych, inteligentnych piosenek… ktorymi rzygam po drugim przesluchaniu. Sa jak mocno przeslodzona herbata, deja vu przejedzenia czekoladkami z Veckatimest. Whats Wrong pokazuje ze oni mogliby nagrywac fajne plyty, gdyby tylko chcieli. Sliczna skalpelowa perkusja na poczatku, fajna gitara, ladna linia fortepianowa, zakrzyczana tania serialowa eksresja.

Znow zostaja detale. Chris Taylor zadbal o pare szczegolow ktore ciesza uwazne ucho, jak dziwne halasy na Speak in Rounds, czy nagle sprzezenie w trzeciej minucie Simple Answer. Ale ostatnia minuta Yet Again, minutowy eksperyment Adelma, czy wspomniana koncowka Whats Wrong to stanowczo za malo.

Najlpesze tym razem bylo na poczatku, na koniec jest juz dramat. Z Grizzly Bear zegnam sie na dobre w pompatycznym, schematycznym Sun In Your Eyes.

 

 

Lato minelo. Dosc wtornych, mialkich melodii, dosc kunktatorskich i latwych rozwiazan. My chcemy sztuki!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s