zeszłoroczny śnieg

Dwie i pół godziny bez paru minut. Tyle czasu zada Shackleton na (jednorazowa) przygodę ze swoim najnowszym wydawnictwem. W krótkiej depeszy prasowej poprzedzającej płyty Sam wyjaśniał, ze planował dwa albumy: krotko i długogrający. Z krótkiego formatu wyszedł jednak długi, z długiego trzy krótkie. Dwie i pół godziny, bez paru minut. W czasach short attention span to ruletkowe zagranie artysty i wyzwanie dla każdego słuchacza, w dodatku opatrzone okraczna promocja, czy po prawdzie jej brakiem. Niżej podpisanemu zebranie odpowiednich pokładów odwagi (i czasu) zajęło kilka miesięcy.

Pierwsza część Music for the Quiet Hour, longplay, a w rzeczywistości jeden długi utwór pocięty z praktycznych względów na krótsze części, meandruje między trzaskiem, hałasem, dronami, a dziecięcymi melodyjkami, zaśpiewami i ładnymi chórkami. ‚Music is the weapon of the future… reality is clearer’ deklamuje zatrudniony specjalnie lektor, luźne skojarzenie skrzyżowania Orbital, Oneohtrix Point Never i Pi juz po chwili okazuje się jednak absolutnie nieadekwatne, niewystarczające dla tego, co stworzył Sam.
Kulminacja cichej godziny to cześć czwarta, cierpliwość słuchacza poddana jest ostatecznej probie w piątej minucie. Deklamujący wokal ubrany tylko w niski dron zacina się na kilkadziesiąt sekund, a po chwili wszystko pochlania wysoki świdrujący hałas. Intro do najbardziej charakterystycznego z utworów wydawnictwa idealnie wprowadza w ponad dwadzieścia mrocznych, hipnotyzujących minut. Na pierwszym planie mężczyzna (w tej roli Vengeance Tenfold) odpowiada na list wnuczki, której nigdy nie dane mu było (będzie) poznać, która jeszcze się nie narodziła. Odpowiada na rewelacje o świecie po pierwszym i drugim kryzysie, o zagrożeniach cywilizacyjnych jakie cały czas ignorujemy, o apokalipsie, a wreszcie o czasie utopijnego ‚singleness’… Pompatyczne? Tak, bez dwóch zdań. Nadmiernie wyegzaltowane? Być może. Ale w tle Shackleton serwuje hałaśliwy, a minimalistyczny koszmar idealnie pasujący do wizji odczytywanych przez Tenfolda. Koszmar momentami tak intensywny, ze zrywałem słuchawki z uszu, żeby odpocząć. Piata część podejmuje na nowo tanecznie, bo w końcu ‚rhythm is embryonic’, a wszystko jest tylko częścią łańcucha ewolucji.
Okrutnie intensywna godzinna podróż; futurystyczna, chciałem napisać, ale niestety bardziej już współczesna.

Część druga- epki The Drawbar Organ powstała w wyniku inspiracji tytułowymi organami. Już otwierający pierwsza epke (for the) Love of Weeping aplikuje ich prawie śmiertelną dawkę, ale calość ma już standardowa konstrukcje rytmicznych piosenek. Większość ubrana w intensywny bas, z fajnymi sekcjami rytmicznymi (Touched, Powerplant), ale o ile jest to zbiór równie przyjemny w odsłuchu o tyle zarówno mniej imponujący, jak i mniej jednolity od longa. Obok mętnych, psychodelicznych smaczków (Seven Present Times) świetne impro na organach które wsparte o głęboki bas wyrasta na jeden z najlepszych fragmentów wydawnictw (Katyushe), ale zaraz potem epki dłużą się i wydaja meandrować bez wyraźnego celu (Wish You Better). There is a place for us, ostatni w zestawie, mimo ze w znakomitej większości odstraszający i mroczny kończy się jednak ładną, optymistyczna melodia. To co nastąpi po doliczeniu do zera to nie musi byc koniec.

Odstraszające w pierwszej chwili rozmachem Quiet Hour/Drawbar Organ to jednak przed wszystkim historia bardzo satysfakcjonująca. Ja z Shacletonem spędziłem kilka ostatnich tygodni: nocne podróże na lotniska, drętwe godziny w terminalach, czy wreszcie podczas samych lotów, zasypiając i budząc się do zapętlonych dźwięków Music for The Quiet Hour. Wartością dodana w tych mało komfortowych warunkach (oprócz okazyjnego buczenia silników w tle) okazał się sampel z Powerplant ‚manipulation… does not work’ z żywą wizualizacja instrukcji zakładania masek i kamizelek, czy próba wytłumaczenia absurdalności granic w ich dziewiętnasto/dwudziestowiecznym znaczeniu, wysłuchana w kolejce do kontroli paszportowej.

 

 

Ostatecznie do sięgnięcia po Quiet Hour/Drawbar Organ przekonał mnie jeden z polskich blogów/magazynów internetowych, na pewien czas przynajmniej odganiając tym samym dylemat czy warto pisać po polsku o muzyce, o której pisali już wcześniej na zachodzie. Rzeczony serwis już w czytelni (niejako w miejsce stool pigeon którego redakcja była ostatnio zmuszona zwinąć żagle), zapraszam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s